Wczoraj był ważny dzień. Podjąłem decyzję o tym, jak spędze pierwszy weekend czerwca.
Wczoraj, 20 stycznia, chwilę po 21:00, zapisałem się na obóz treningowy z Romanem Fickiem.
Pisząc to zdanie, dalej mam w głowie myśl: co ja właściwie zrobiłem?
Ale po kolei.
Od co najmniej pięciu lat Roman jest dla mnie absolutnym punktem odniesienia, jeśli chodzi o bieganie. Jego nadludzka wytrzymałość, wyniki, historie z gór, opowieści o niedźwiedziach, biciu rekordów, jego projektach i o tym, jak w ogóle zaczęła się jego przygoda z bieganiem — to wszystko regularnie wracało do mnie w momentach, kiedy sam miałem gorszy czas albo brakowało mi motywacji. To nie jest inspiracja w stylu „fajnie się ogląda na Instagramie”. To jest inspiracja, która siedzi z tyłu głowy i co jakiś czas mówi: hej, można więcej.
Kilka dni temu trafiłem na jego wpis o obozie treningowym. Cztery dni w górach. Sto siedemdziesiąt kilometrów. Czternaście osób plus Roman. Pomyślałem wtedy coś w stylu: świetna sprawa, może kiedyś, może za jakiś czas. Zamknąłem aplikację, odłożyłem telefon i wróciłem do swoich spraw.
Tylko że ta myśl nie chciała mnie zostawić. Wracała wieczorem. Wracała przy treningu. Wracała zupełnie bez zaproszenia. W końcu napisałem do Romana na Facebooku z prostym pytaniem, czy da się sprawdzić, ile zostało wolnych miejsc. Odpisał, że w tym momencie jest trzynaście zweryfikowanych zapisów. I wtedy coś we mnie kliknęło. Nie analizowałem tego długo. W zasadzie wcale. To był chyba mój pierwszy prawdziwy sprint od dłuższego czasu. Kilka kliknięć, szybkie wypełnienie formularza, zaliczka opłacona i… stało się. Jestem zapisany.
Chwilę później Roman napisał, że następnego dnia zadzwoni, żeby porozmawiać o tym, jak biegam, jakie mam doświadczenie i czy ten obóz faktycznie jest dla mnie. I tu pojawiła się ta druga myśl. Bardziej trzeźwa.
Bo prawda jest taka, że nie mam dużego doświadczenia w bieganiu po prawdziwych górach. Przygotowuję się do biegu górskiego w… Myślęcinku. Brzmi niepozornie, wiem. Ale mamy też w okolicy Puszczę Bydgoską, która swoim pofałdowaniem potrafi zaskoczyć niejednego biegacza. To nie Tatry ani Beskidy, ale nogi potrafią tam zapamiętać swoje.
Czy to wystarczy? Nie wiem. Czy brak doświadczenia będzie przeszkodą? Też nie wiem.
Wiem za to, że telefon mam dziś ustawiony w trybie głośnym i czekam. Z lekkim stresem, z ekscytacją i z tym charakterystycznym uczuciem w brzuchu, które pojawia się wtedy, gdy wchodzisz w coś nowego i nie do końca wiesz, jak to się skończy.
Czuję, że ten obóz może być niezapomnianą przygodą. A być może także początkiem mojego prawdziwego biegania po górach. I nawet jeśli okaże się, że to będzie trudniejsze, niż sobie wyobrażam, to jedno wiem na pewno — nie chcę być osobą, która nie spróbowała.

