Tegoroczna Setka Komandosa miała być dla mnie przystankiem do czegoś większego. Startem kontrolnym, mocnym bodźcem treningowym i potwierdzeniem, że idę w dobrą stronę. Plan był konkretny. Chciałem złamać 9:30, a w głowie liczyłem nawet wariant poniżej 9:15. Miałem to policzone, rozpisane i realne do zrobienia. Wiedziałem, że jestem przygotowany. Ostatnie pół roku przepracowałem naprawdę solidnie. Kilka wybiegań powyżej 50 kilometrów, maraton praktycznie co tydzień, a w ostatnich tygodniach kilometraż w okolicach 140–145 kilometrów tygodniowo. Końcówka przygotowań to już schodzenie z obciążeń i regeneracja. Długie biegi robiłem w tempie 5:30–5:50, spokojnie, w pierwszej strefie tętna. Głowa też była gotowa. Czułem, że tego dnia jestem mocny.
Początek tylko to potwierdził.
Pierwsze 10 kilometrów to był chyba mój najlepszy bieg z plecakiem w życiu. Biegło się lekko, swobodnie, bez walki. Czułem, że wszystko gra. Pojawiła się myśl: będzie dobrze.
I wtedy coś zaczęło się psuć. Mniej więcej między 13 a 14 kilometrem nagle wyraźnie osłabłem. Nogi zrobiły się ciężkie, tempo przestało być naturalne. Dziwne uczucie, bo trenowałem marsze z plecakiem, robiłem biegi z obciążeniem i tempo 5:40–5:50 nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Maraton Komandosa przebiegłem przecież ze średnią poniżej 5:30, więc tutaj wszystko miało wyglądać inaczej.
Niestety wyglądało.
Około 18 kilometra zaczęły łapać mnie skurcze. Dwugłowe uda, przywodziciele, okolice kolan. Do tego narastająca ciężkość nóg i ogólny ból. Zrzuciłem plecak, licząc, że pomoże. Nie pomogło. W pewnym momencie nie byłem w stanie biec szybciej niż po 7:00 na kilometr. Samotnie, z narastającym bólem, pokonywałem kolejne odcinki. Około 25 kilometra czułem już, że biegnę nienaturalnie. Każde złe postawienie nogi mogło skończyć się mocnym skurczem.
Najbardziej frustrujące było to, że czułem, że wszystko miałem dopięte. Elektrolity i węgle policzone, sód dostarczany regularnie – SaltStick co około 25 minut razem z żelem SIS Beta Fuel. Nawodnienie zgodnie z planem. Małe łyki co kilka minut, bo właśnie tak sprawdza mi się najlepiej.
To nie był problem zaniedbania.
To był problem, którego jeszcze nie rozumiałem. Już na drugiej pętli pojawiły się myśli o zejściu. Może lepszy DNF niż taka męczarnia? Może nie ma sensu dobijać nóg? Wtedy pomyślałem o drużynie. Przyjechaliśmy tam z prostym celem: wygrać drużynowo Setkę Komandosa. To był jedyny powód, dla którego biegłem dalej. Zacząłem przeliczać wynik na nowo. Zamiast marzeń o 9:15 pojawiło się pytanie, czy w ogóle zmieszczę się w 13 godzinach, jeśli będzie coraz gorzej. Po drugiej pętli powiedziałem do koleżanki na przepaku: chyba nie dobiegnę. Trzecia pętla była walką z samym sobą. Mniej więcej do połowy dalej męczyły mnie skurcze, mikroskurcze i ból nóg. Ale przypomniałem sobie zdanie, które przypominam obie często w ultra: każdy kryzys mija. Kilka kilometrów później stało się coś zaskakującego.
Dostałem drugą szansę.
Po raz pierwszy od około 30 kilometra mogłem realnie przyspieszyć. Tempo wróciło w okolice 5:15–5:40 i tak trzymałem już do końca. Nadal bolały mnie tylne części ud, nadal miałem wrażenie, że skurcz może złapać w każdej chwili, ale mogłem biec.
Na ostatnim przepaku wiedziałem już jedno: dobiegnę.
I mam szansę zamknąć bieg w 10:30, a może nawet lepiej. Zacząłem przeliczać każdy kilometr i wyszło mi, że 10:15 jest w zasięgu. W tej sytuacji byłby to ogromny sukces. Na metę wbiegłem z czasem 10:14. I byłem z siebie naprawdę zadowolony. To nie była życiówka i naprawdę sporo do niej zabrakło. Wynik nie był idealny. Byłem zadowolony, bo uratowałem bieg, który od 15 kilometra próbował się rozsypać. A do tego mój wynik pomógł nam osiągnąć cel.
DKWOC wygrało drużynowo Setkę Komandosa.
To smakowało wyjątkowo. Dziękuję Sylwia i Rafał za tę chwilę 🙂
Dopiero pod koniec trzeciej pętli zaczęło do mnie docierać, co mogło być przyczyną całej historii.
Przed biegiem zrobiłem wszystko jak trzeba. Badania krwi bardzo dobre. Żelazo, ferrytyna, elektrolity, parametry pod kontrolą. Suplementacja dopięta. Ładowanie węglowodanami zrobione. Sen był. Jedzenie było. Sprzęt sprawdzony.
Ale była jedna zmienna.
W środę, dwa dni przed startem, poszedłem na sportowy masaż nóg. Wcześniej korzystałem z takich masaży przed Maratonem Komandosa i Półmaratonem Komandosa, ale wtedy było to pięć albo sześć dni przed startem. Tym razem zostały tylko dwie doby.
Czy właśnie to rozwaliło mi bieg? Tego pewnie nigdy nie będę wiedział na sto procent. Ale myślę, że mogło się do tego mocno przyczynić.
Czyja to wina? Moja. Jestem dorosłym chłopem i sam podjąłem decyzję o masażu dwa dni przed startem. Nawet jeśli usłyszałem, że „powinno być dobrze”, nikt nie dawał gwarancji. „Zapomniałem” też wspomnieć o 10 kilogramach na plecach w trakcie biegu…
Dziś nadal dochodzę do siebie. Czuję przeciążone obie dwójki, boli mnie prawe biodro i kolano. Nic dziwnego. Przez około 75 kilometrów biegłem na granicy bólu i skurczów. Próbowałem już wracać do biegania, ale nawet bardzo wolne tempo kończyło się zawracaniem do domu.
Na ten moment organizm mówi jasno: jeszcze nie teraz.
Czy drużynowe zwycięstwo było tego warte?
Dziś jeszcze nie znam odpowiedzi.
Ale wiem jedno.
Ta Setka Komandosa dała mi więcej nauki niż niejeden idealny start.

