Dzisiaj dotarła do mnie pierwsza laboratoryjna próbka UltraKremu. Nie prototyp robiony na kuchennym blacie, nie kolejna wersja kręcona nocą po pracy, tylko krem wykonany przez profesjonalne laboratorium. Kiedy wziąłem ją do ręki, nie mogłem przestać się uśmiechać. Może to brzmi banalnie, ale dokładnie w tym momencie poczułem, że to, co robię od dawna po godzinach, zaczyna wychodzić z garażu.
UltraKrem jeszcze niedawno był wyłącznie moją domową recepturą. Mieszaniną doświadczeń, potu, otarć i wniosków wyciąganych po fakcie. Testowałem go podczas kilkudziesięciogodzinnych wycieczek rowerowych bez snu, na kilkugodzinnych wybieganiach w terenie, a nawet podczas tegorocznego Maratonu Komandosa. Tam dziesięciokilogramowy plecak przez wiele godzin pracował na plecach bez litości. Skóra wytrzymała. Zero otarć. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Decyzja o współpracy z laboratorium nie była łatwa. Z jednej strony miałem coś, co działało. Z drugiej wiedziałem, że jeśli UltraKrem ma trafić do większej liczby ludzi, musi wyjść poza moje ręce. Musi być powtarzalny, bezpieczny i stabilny. Musi przejść przez proces, którego nie da się zrobić w domu, nawet przy najlepszych chęciach.
To, co dziś trzymam w dłoni, to pierwsza próbka wykonana przez specjalistów. Nie jest jeszcze kompletna. Brakuje w niej kilku składników z mojej wersji roboczo nazwanej „UltraKrem Zakopane”. Mimo to już teraz widzę, że kierunek jest dobry. Zachowanie kremu na skórze daje nadzieję. To jeszcze nie jest finał, ale bardzo solidny krok. Widzę też, że konsystencję będzie trzeba poprawić. Próbka jest wyraźnie luźniejsza niż moje dotychczasowe wersje.
Teraz przyjdzie czas na to, co najważniejsze. Testy w terenie. Nie w laboratorium, nie na przedramieniu przy biurku, tylko tam, gdzie wszystko wychodzi na jaw. Na długich godzinach ruchu, w cieple, wilgoci i zmęczeniu. Tam, gdzie krem albo działa, albo znika bez śladu. Mam już kilka pomysłów na testy i wiem, że niedługo przyjdzie czas, żeby je zrealizować.
Przy okazji tej próbki wrócił też temat opakowania. I tu sprawa wcale nie jest oczywista. Przez lata używałem wszystkiego. Najczęściej były to słoiki, a w ostatnim czasie airlessy. Sprawdzałem nawet, jak zachowa się krem w zwykłym woreczku strunowym. Każde rozwiązanie ma swoje plusy i swoje wady. Brudne ręce, ograniczony dostęp, higiena, szybkość użycia na trasie. To są drobiazgi tylko do momentu, w którym jesteś w połowie nocy, kilkaset kilometrów od domu i próbujesz ogarnąć coś, co miało pomóc, a zaczyna przeszkadzać.
Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Otwarty słoik, który wpadnie w błoto, przestaje być słoikiem z kremem. Staje się po prostu słoikiem z błotem.
Opakowanie, które dostałem z laboratorium, pozytywnie mnie zaskoczyło. Jedno naciśnięcie daje porcję, która ma sens. Nie za mało, nie za dużo. Zostaje pytanie, czy jego rozmiar jest odpowiedni na długie wyjazdy i czy forma faktycznie sprawdzi się w ultra, a nie tylko na papierze. Na pierwszy rzut oka wydaje się trochę toporne, ale to zdecydowanie coś, co trzeba przemyśleć i przetestować w terenie.
Ten projekt od początku nie powstaje w próżni. Powstaje z doświadczeń, rozmów i obserwacji. Z realnych problemów ludzi, którzy spędzają długie godziny w ruchu i wiedzą, że komfort skóry to nie fanaberia, tylko element, który potrafi zakończyć przygodę szybciej niż brak formy.
To dopiero początek kolejnego etapu.
Ale dziś, trzymając w ręku pierwszą laboratoryjną próbkę UltraKremu, mam poczucie, że idę w dobrą stronę. I że warto było się nie zatrzymywać.

