Wszyscy wiedzą, że długie, wolne wybiegania są bardzo ważne. Budują wytrzymałość, uczą pracy na zmęczeniu, przygotowują organizm do tego, co później dzieje się na zawodach. Problem w tym, że wiedzieć to jedno, a zrobić to drugie. Bo przychodzi dzień treningu, patrzysz na dystans do zrobienia i głowa zaczyna kombinować. Może jutro. Może krócej. Może jednak dziś odpocznę.
Ja mam na to swój sposób. Prosty, ale zaskakująco skuteczny.
Tego dnia wymyśliłem sobie, że pobiegnę do mojego brata. U niego na feriach byli akurat moi dwaj synowie. Cel nagle przestał być treningiem. To nie było już „muszę zrobić długie wybieganie”. To było „muszę dobiec do dzieciaków”. Różnica jest ogromna. Jeśli nie dobiegnę, to się z nimi nie zobaczę. Proste.
I dokładnie to zacząłem sobie powtarzać w głowie. Muszę pobiec do brata, żeby zobaczyć się z dziećmi. Muszę pobiec do brata, żeby zobaczyć się z dziećmi. Im dłużej to powtarzasz i im bardziej w to wchodzisz emocjonalnie, tym bardziej mózg zaczyna traktować to jako realny cel, a nie wymówkę. W pewnym momencie pojawia się moment przełączenia. Już nie negocjujesz ze sobą. Już wiesz, że masz tam dotrzeć.
Na trasie, kiedy zmęczenie zaczyna rosnąć, głowa zawsze próbuje znaleźć drogę ucieczki. To naturalny mechanizm ochronny organizmu. Problem polega na tym, że w ultra ten mechanizm włącza się dużo wcześniej, niż faktycznie kończą się możliwości ciała. Dlatego tak ważne jest, żeby dać głowie powód, który jest większy niż samo zmęczenie.
W moim przypadku tym powodem były dzieci.
W pewnym momencie spojrzałem na zegarek. 52 kilometry. Zostało jeszcze kilka. Nogi już czuły robotę, ale w głowie nie było dyskusji. Skoro powiedziałem sobie, że biegnę do nich, to biegnę. I nagle okazuje się, że to naprawdę działa. Nie dlatego, że jesteś silniejszy fizycznie, tylko dlatego, że przestajesz negocjować.
To jest jedna z najważniejszych rzeczy, jakie można zrozumieć w ultra. Motywacja wewnętrzna często nie wystarcza. „Chcę być lepszy”, „muszę zrobić trening”, „mam plan” — to wszystko działa, dopóki jest świeżo. Kiedy pojawia się zmęczenie, dużo mocniejsze są cele konkretne, emocjonalne i osadzone w rzeczywistości.
To może być spotkanie z kimś. Może być miejsce, do którego chcesz dotrzeć. Może być jedzenie, na które czekasz. Cokolwiek, co sprawia, że dystans przestaje być abstrakcją.
Finalnie dobiegłem. Zobaczyłem się z dzieciakami. A do domu wróciliśmy już samochodem z żoną, która przyjechała po nas autem. Plan idealny. Najważniejsze jednak nie było to, ile kilometrów wyszło na zegarku. Najważniejsze było kolejne potwierdzenie, że głowa naprawdę daje się przekonać. Trzeba jej tylko dać właściwy powód.
I bardzo często to właśnie głowa, a nie nogi, decyduje o tym, czy dowieziesz trening do końca.

