Co zawsze zabieram w trasę?

Przez lata woziłem ze sobą różne rzeczy. Czasem za dużo, czasem nie to, co trzeba. Dziś zestaw, który mam przy sobie, jest prosty i sprawdzony w praktyce. Nie raz, nie dwa, tylko setki razy. To nie jest lista „fajnie mieć”. To jest lista rzeczy, które nie raz wyciągały mnie z opresji, często w środku nocy i daleko od cywilizacji.

Zaczynam od absolutnej podstawy, czyli łyżek do opon. Mam je w domu, przy każdym rowerze i w walizce z narzędziami rowerowymi. Najlepiej mieć kilka kompletów, bo często potrafią zniknąć w najmniej odpowiednim momencie. Bez nich nawet najlepsza dętka niewiele pomoże – szczególnie w rowerze szosowym. W gravelu czy MTB jest łatwiej.

Skoro już o dętkach mowa, zawsze wożę minimum dwie zapasowe i do tego zestaw łatek. Jeśli łapię gumę, nie bawię się w klejenie na trasie, tylko wymieniam dętkę i jadę dalej. Łatki są planem awaryjnym. Czasem trafia się uszkodzona obręcz, coś ostrego w oponie albo po prostu pech dnia. Druga dętka daje spokój w głowie, chociaż nie raz zdarzyło mi się, że w nocy złapałem dwie pany i potem czekałem aż na trasie pojawi się otwarty sklep rowerowy. Przebite dętki oczywiście zabieram ze sobą, w sytuacji krytycznej można się wtedy ratować łatkami.
Jeśli chodzi o klucze, to wiem, że bardzo popularne są multitoole. Sam jednak od lat wożę kilka pojedynczych kluczy imbusowych. „Wolny imbus” jest po prostu wygodniejszy w użyciu niż ten składany z multitoola. Zajmuje mniej miejsca, nie składa się przy kręceniu i daje lepsze czucie śruby. Kluczy płaskich nigdy nie potrzebowałem na trasie, więc ich nie wożę. Koła mam montowane na szybkozmaykacze.

Do tego dochodzi mała pompka. Bo czym jest dętka bez pompki. W mieście zawsze można kogoś zaczepić albo trafić na stację naprawy rowerów, ale gdy jesteś gdzieś w środku lasu, temat robi się bardziej skomplikowany. Pompka to jeden z tych elementów, których brak bardzo szybko daje o sobie znać.

Zawsze mam też kilka par gumowych albo lateksowych rękawiczek, schowanych w woreczku strunowym. Niby drobiazg, ale kiedy musisz grzebać przy łańcuchu albo wymieniać dętkę w błocie, doceniasz możliwość zachowania czystych rąk. Szczególnie jeśli przed Tobą jeszcze wiele godzin jazdy.

Kolejna rzecz to trytytki, czyli opaski zaciskowe. Trudno zliczyć, ile razy ratowały sytuację. Zgubiona śruba od bagażnika, urwany uchwyt lampki, element, który trzeba tymczasowo ustabilizować. Działają zawsze i wszędzie.

Podobną rolę pełni taśma izolacyjna. Razem z trytytkami tworzą zestaw, dzięki któremu można poczuć się jak rowerowy MacGyver. Nie chodzi tu o naprawę na stałe, ale bardzo wiele da się ogarnąć na tyle, żeby bezpiecznie dojechać dalej.

Na koniec mały, składany nożyk. Przydaje się do wszystkiego. Od przycięcia trytytki, przez rozpakowanie czegoś, aż po drobne naprawy, których wcześniej nie przewidziałeś. Taki rowerowy scyzoryk, bez którego nagle okazuje się, że czegoś brakuje.

I to właściwie wszystko. Ten zestaw jeździ ze mną od lat i jeszcze nie zdarzyło się, żeby mnie zawiódł. Nie jest najlżejszy na świecie i nie wygląda jak z katalogu, ale działa. A na trasie to jedyne kryterium, które naprawdę ma znaczenie.

Koszyk