Prawie dwa tygodnie temu temu biegłem Półmaraton Komandosa i był to jeden z tych dni, które weryfikują wszystko. Formę, głowę, sprzęt i pomysły. To miał być kolejny test kremu przeciw otarciom, nad którym pracuję już od wielu miesięcy. Projekt, który powoli zbliża się do roku od momentu, kiedy podjąłem decyzję, że nie może zostać tylko moją domową recepturą i musi wyjść do ludzi.
Droga do tego miejsca wcale nie jest prosta. Żeby produkt mógł trafić szerzej, potrzebna jest współpraca z laboratorium, dopracowanie formuły, dobór konserwantów, stabilność, bezpieczeństwo. Problem polega na tym, że kolejne próbki, które dostaję, wciąż nie dorównują temu, co przez długi czas robiłem sam i co sprawdzało się w praktyce. To jest moment, w którym teoria spotyka się z rzeczywistością. I nie zawsze wygrywa.
Pod koniec stycznia dotarła kolejna wersja. Najpierw zabrałem ją na długie wybieganie, pięćdziesiąt osiem kilometrów. Spokojne tempo, prawie 7 godzin w ruchu. Test wypadł bardzo dobrze. Zero otarć, skóra w idealnym stanie. Wtedy naprawdę uwierzyłem, że jesteśmy blisko.
Półmaraton Komandosa miał być potwierdzeniem.
Tyle że ten bieg nie miał nic wspólnego ze spokojem. To szybki dystans, a ja nie trenowałem szybkości praktycznie w ogóle. Warunki były jednymi z najcięższych, w jakich biegłem z plecakiem. Grząski śnieg, zapadanie się, ciągła walka o rytm. Do tego dziesięciokilogramowy plecak, który przy takim biegu pracuje jeszcze mocniej, przesuwa się, szarpie i bezlitośnie testuje skórę na plecach. To był wysiłek na granicy komfortu od samego początku. Dużo potu, wysokie tętno, walka o tempo. Już po 2 km wiedziałem, że szału nie zrobię. Krótko mówiąc, dostałem po dupie solidnie.
Po biegu okazało się, że krem w newralgicznych miejscach po prostu zniknął. Pojawiły się otarcia. Nie były dramatyczne, zdecydowanie mniejsze niż przy biegu bez zabezpieczenia, ale to nie ma znaczenia. Jeśli tworzysz produkt z myślą o najtrudniejszych warunkach, kompromisy nie istnieją. Albo działa w stu procentach, albo wracasz do pracy. I tym razem kolejna próbka trafiła do kosza
Paradoks polega na tym, że wersja, którą robiłem sam w domu, poradziła sobie wcześniej z dwa razy dłuższym dystansem bez żadnych problemów. To pokazuje, jak trudne jest przełożenie działającej receptury rzemieślniczej na produkt, który ma być przeznaczony na większą skalę. Skład to jedno, ale technologia wykonania, proporcje, struktura emulsji i zachowanie na skórze przy dużym wysiłku to zupełnie inna historia.
Minęło już trochę czasu od tego biegu – na plecach nie ma śladów po otarciach. W tym tygodniu ma dotrzeć kolejna próbka. Za trzy tygodnie startuję w Setce Komandosa, więc czasu na poprawki nie ma dużo. Z drugiej strony właśnie takie biegi są najlepszym możliwym laboratorium. Tam niczego nie da się oszukać.
Tak wygląda tworzenie czegoś od zera. Test, wnioski, poprawki, kolejny test. Czasem krok do przodu, czasem dwa do tyłu. Frustracja jest częścią procesu, tak samo jak satysfakcja, kiedy coś w końcu działa tak, jak powinno.
Mam nadzieję, że na Setce Komandosa pobiegnę już z wersją, która wytrzyma wszystko. Jeśli tak będzie, będę wiedział, że jesteśmy naprawdę blisko końca tej drogi. Jeśli nie, będę poprawiał dalej. Bo w ultra jedna zasada sprawdza się zawsze. Nie wygrywa najszybszy. Wygrywa ten, kto się nie zatrzymuje i przesuwa się do przodu mimo upadków.

